Naprawdę nie sądziłam, że można mieć w sobie takie pokłady miłości do dziecka. Że można na nie patrzeć i czuć jak wszystkie komórki we własnym ciele wypełniają się ciepłem, radością i szczęściem. Że te uśmiechnięte ślepia są w stanie rozwiać wszelkie troski i złe humory. Że poranne "A-gu" może działać lepiej niż gorąca kawa z mlekiem.
Wiem, że każda matka kocha swoje dziecko bezgranicznie - ja jestem tą matką od kilku lat i bardzo kocham moje obie dzieciny, ale przy Pierwszej nie miałam takich faz. Rzadko mówiłam jej, gdy była bobasem, że kocham, wstydziłam się śpiewać, myślałam, że to tak głupio jak będę z nią "rozmawiać"... Nawet w chuście nosiłam jakoś mniej. A teraz? Ogłupiałam, po prostu, zwyczajnie. Ześwirowałam na punkcie Drugiej.
I mam stracha. Czy to się nie odbije na Pierwszej? Czy wariując nie daję do zrozumia, że kocham bardziej, kocham mniej...? Mam nadzieję, że nie, że ogarniam. Bo mówią, że miłość matki się mnoży, nie dzieli.


















