Pięć lat temu moja Starsza Córka miała 7 dni. Od tygodnia byłyśmy juz w domu, a Pan Ojciec zdążył wytrzeźwieć po Pępkowym.
Była taka mała, taka głośna i taka wymagająca. A ja? Pierwsze dziecko - milion pytań, jeszcze więcej obaw. Nie było łatwo.
Teraz skończyła lat tyle, ile palców w całej dłoni. Rysuje Księżniczki, biega jak zawodowiec, foszy się jak rasowa kobieta. Ciągle w ruchu, skacze, robi fikołki, jest w stu miejscach na raz. Chce śpiewać, malować, jeździć na rolkach. Panicznie boi się wszelkich robali, piszczy na widok muszki owocówki, ale za to wszystkie koty w okolicy zagłaskałaby na śmierć. Karmi kozy, kury, podskakuje w kałużach, prosi by czesać ją w warkocze. Jest śliczną, mądrą dziewczynką, której potencjału wciąż nie potrafię w pełni docenić. Wciąż patrzę na nią przez pryzmat "zimnego chowu" Tracy, ciągle podnoszę jej poprzeczkę a nasza relacja nie zmierza w kierunku, w którym bym chciała.
Zawsze marzyłam o dobrych stosunkach z moimi dziećmi i choć wiem, że tworzymy je przez całe życie, to wierzę, że wszystko zaczyna się na sali porodowej. Że poród i jakość narodzin, a także trzy pierwsze lata sprzyjają tworzeniu się więzi i programują nasze życie na kolejne lata.
Dużo zrozumiałam dopiero teraz, niedawno, po lekurze "Mundrej". Pod ostatnim wywiadem z położną Barbarą Baranowską podpisuję się obiema rękami. BB mówi:
"Uważam, że sposób w jaki przychodzimy na świat, i pierwsze trzy lata decydują o tym, jakie nasze życie będzie w całości. Uważam, że jak poród jest dobry, to dobre będzie karmienie. Jak będzie dobre karmienie, to będzie dobra relacja. Jak będzie dobra relacja z mamą, będzie dobra więź. Jak będzie dobra więź, to wyrosnę na dbającą o siebie, prozdrowotną nastolatkę. Jak będę taką nastolatką, to zostanę zdrową kobietą, która znajdzie faceta z dobrej więzi, stworzymy dobrą parę i tak dalej. I czemuż by tak miało nie być?"
Urodzenie Olgi nie było dla mnie traumatycznym doświadczeniem, ale do najmilszych też nie należało. W tej świadomości utwierdził mnie dopiero mój drugi poród - w porównaniu narodziny pierwszej córki nie wypadają najlepiej.
Zaczęło się w czwartek po wieczornej wizycie u ginekologa, kiedy to pan doktor podczas badania zrobił mi "coś". Nie powiedział co, teraz mogę jedynie domniemywać - może to był masaż szyjki? Bolało. I zostało skomentowane "jak to panią boli, to jak tam ma się dziecko zmieścić?". Wtedy wydało mi się to zabawne, nawet się zaśmiałam.
W domu zjedliśmy z Małżonem gyros, obejrzeliśmy "Kill Billa", położyliśmy się spać, a o 22:00 obudził mnie skurcz i tak, wiedziałam, że to TO. Był zupełnie inny od poprzednich przepowiadających i nie dał się z niczym pomylić. Wyskoczyłam z łóżka, poszłam pod prysznic, potem wklepałam trochę mejkapu i obudziłam Sprawcę Całego Zamieszania. Na pytanie "sssorobiszz" padło "rodzę" - reszta potoczyła się dość sprawnie. Telefon do położnej, akurat jest na dyżurze, ale fart. Kanapki, woda, domknięcie walizki i jedziemy. Jest 1 w nocy, miasto śpi, mnie dobijają dziury na drodze, droga w skurczach dłuży mi się niemiłosiernie.
Wpadamy na IP, tam pierwsze schody. "Co się dzieje?" "Rodzę" "Ale co się dzieje?" "Yyy ale o co chodzi?". Pierwszy beton, zaspana pielęgniarka, która kładzie mnie na fotel i dzwoni po lekarza, bo przecież trzeba sprawdzić podwozie. W międzyczasie lawina pytań "Ma ubezpieczenie? Ile ma lat? Kim jest z zawodu?". Najbardziej utkwiło mi w pamięci pytanie o zawód męża i to, że nie mogłam zupełnie się na tym skupić. W końcu warknęłam, że jest studentem i tak pani piguła wpisała w książeczce zdrowia. Z tego wszystkiego akcja spowalnia, skurcze wyciszają się, ja nie mogę się skupić na tym co ważne, ostatecznie blednę na widok wielkiego, metalowego szpitalnego wziernika i na tym etapie mam już wszystkiego dosyć... Przyjmą mnie na porodówkę, ale hola hola najpierw lewatywka. Mówię, że nie ma potrzeby, nie słuchają, robią i tak. Efekt jest taki, że ląduję w ciasnym wc, z wydzieloną porcją papieru, za drzwiami stoi pielęgniarka co chwilę pytając "czy już?", a mnie się włącza czyszczenie wielostronne - jak zaczęłaś ciążę od mdłości tak też ją skończysz, kobieto.
Na górze porodówka. Nie wpuszczają Małżona, mnie podpinają do kabli na łóżku za parawanem. Czuję, że nie mogę leżeć, że muszę wstać, chodzić, NIE "leży, bo mi się tu nic nie pisze! słabe te skurcze..". Wiję się na twardym materacu, zaczynam wymiotować, przynoszą mi miskę, mówię, że się nie położę więcej, więc dają mi stołeczek. Tu pojawia się zblazowany pan doktor z dwoma pytaniami "kiedy się brzuch obniżył? - nie obniżył" oraz "kiedy pani odeszły wody? - nie odeszły" i podsumowaniem "to pani dzisiaj nie urodzi". Cześć jak czapka, odwrócił się i wyszedł. Pasowałoby tu "trzasnął drzwiami", ale drzwi nie było, więc machnął parawanikiem. Czarne miał włosy. I był w miarę młody. Pięć godzin później zobaczyłam go drugi raz, gdzieś między swoimi nogami, jak rodziła się Pierwsza Córka. Kto miał rację?
Biorą mnie na salę rodzinną, wpuszczają Małżona. Sala jest tragiczna, nie ma łazienki, ale możemy być razem. Dostaję piłkę, stołek, światło jest przygaszone. Boli mnie bardzo, pomagają piąstki męża wbite w krzyż - jak się potem okazuje mam fantastyczne skurcze krzyżowe. Dwa razy idę pod prysznic - wracając po pierwszym razie mam ogromną ochotę położyć się po drodze na zimnych kaflach. Robię to i natychmiast zostaję podniesiona. Nie wolno... Mam swoją położną, więc teoretycznie jest lepiej niż standardowo, a przynajmniej My w to wierzymy. Ale nie mam wpływu na to, kiedy mnie bada, a jak do mnie mówi to mam odpowiadać, nie ważne że jest skurcz i chciałabym się skupić na czymś innym. Dostaję "coś" - jakieś czopki, po których idę spać. Skurcze spowalniają, są co 3 minuty, ja śpię między nimi, leżę na boku. Gdy się wybudzam słyszę, że mam iść znowu pod prysznic i że już niedaleko. Córka ma być duża - 4 kg. Idę i pod wodą dostaję takich turboskurczy, że wyrywam ze ściany metalową rączkę, taką do trzymania równowagi pod prysznicem, oczywiście się nie przyznaję, nieee, to nie ja.
Paweł mnie wyciąga, wracamy do sali, będziemy przeć. Jestem mega słaba i parcie na stojąco bardzo mnie męczy, męczy się też Pablo, który musi mnie podtrzymywać. Położna biurkową lampką świeci mi między nogi, jest głowa, dziecko duże, lepiej usiąść. Ok, jest mi wszystko jedno, pakują mnie na łóżko, negocjuję jedynie, że się nie położę, brakuje mi czegoś do złapania rękoma, teraz wiem, że rebozo sprawdziłoby się idealnie.
Nie wiem czy boli, nie wiem co się dzieje, nie ogarniam tego okresu porodu. Nie ma mnie tam. Wiem, że rodzę dzieci w czepku, a czepek Pierwszej Córki zostaje przebity "żeby mi ułatwić"... Zostaję nacięta "żeby mi ułatwić, bo duże dziecko". Ostatecznie 3350g. Czyli mało! Prę, krzyczę, słyszę, że "mam nie krzyczeć". Jest piątek godz. 7:50. W pewnej chwili pada głośne "DO PORODU" i zbiega się widownia. Zbiega, dosłownie. Pan doktor, pan jakiśtam, pani położna druga, pani pielęgniarka, cholera, ktoś jeszcze? I wszyscy się gapią na moje krocze. Córka się rodzi, zostaje mi obrócona tyłkiem do twarzy "żebym zobaczyła, że naprawdę córka", wsadzają mi ją pod koszulę. 7:55. Jest sina, fioletowa, czerwona, maziowata. Krzywi się i stęka, boję się ją dotknąć. Cycek mi gdzieś uciekł, a ona cwaniara szuka! I ciumka! I wie czego chce dziewczyna! I teraz... dziś potrafię już nazwać po imieniu co tam się wydarzyło - byłam zażenowana. Byłam zawstydzona. Tak cholernie się wstydziłam, że ONI tam stoją, wszyscy, w rządku i się na mnie, na nas, gapią. Tak się wstydziłam, że bałam się ruszyć, zmienić pozycję, złapać tego cycka i Ją nakarmić! Cokolwiek! Położna powiedziała "no, to zabieramy, tata idzie, a mamą się zajmiemy". Ile trwał kontakt "skóra do skóry"? 5 minut? 10...? Pierwsze zdanie jakie padło z moich ust do Pierwszej Córki brzmiało mniej więcej "ty cholero, ale mamę wymęczyłaś". Koszmar. Jak mogłam..? Byłam totalnie zażenowana obecnością tylu osób - nie dali mi, nam, prywatności w tak ważnej chwili... Obserwowali mnie, nie wiedziałam co robić! I czy cokolwiek mogę zrobić... Nie wiem kiedy i jak urodziłam łożysko. Nie zarejestrowałam tego faktu w ogóle. Wiem, że długo mnie szyli. I bolało, a nie chcieli dać więcej znieczulenia.


Gdy już w końcu poszyli co najpierw pocięli - kazali iść się umyć - poszłam z Małżonem, żeby mi pomógł. W tej łazience nie było zamka, ja się myłam, a biedak chciał się wysikać - wlazła piguła i go ochrzaniła! Że co sobie wyobraża, że to łazienka dla rodzących, a on jak chce beszcześcić kibel to ma iść na inne piętro:D dosłownie!
Siedzieliśmy potem za jakimś parawanem. Mnie dali kromkę z jajkiem do jedzenia, ktoś przyszedł pokazać jak karmić dziecko, Młoda pięknie ssała, ale bolało gorzej niż rodzenie chwilę wcześniej. I tak się zaczęły schody kolejne. Żadnej pomocy laktacyjnej... Był piątek, przez weekend Poradnia była zamknięta. Pielęgniarki będące na dyżurze albo nie chciały albo nie wiedziały jak zabrać się do pomocy. Doradziły mi gumowe kapturki, herbatki laktacyjne, laktator... A przystawanie dziecka? A po co? Płakałam bardzo dużo podczas pobytu w szpitalu. Dziecko mi dokarmiali jednocześnie nie mówiąc co tak właściwie robić z tymi cyckami. Zamiast ssania bobasowego podstawiali mi laktator pod nos. A raczej pod cyc. Nic nie leciało = nie ma pani mleka. Ale mimo to, po powrocie do domu karmiłam wyłącznie piersią. Przeszłam wiele - nawał, zator, zapalenie, kapusta, masaż, ciągle te nieszczęsne kapturki.. Nie czerpałam żadnej radości z karmienia piersią. Jedna sesja cycowania potrafiła trwać 40 minut. Nie umiałam karmić poza domem. Tracy Hogg weszła mi na głowę z harmonogramem karmień co 3 godziny. Jak teraz sobie o tym pomyślę to aż mną wzdryga - wtedy byłam przekonana, że robię dobrze.
Istne piekło rozpętało się po wizycie u pediatry. Usłyszałam, że głodzę dziecko. Że te wielkie piersi to tylko są takie duże, ale nie ma w nich mleka. Zaczęło się dokarmianie, zapisywanie, ważenie, dzwonienie do lekarki z raportami. Mimo tego wszystkiego utrzymałam laktację do siódmego miesiąca. Karmiłam rano i wieczorem, potem tylko rano, aż pewnego dnia Olga odmówiła piersi. Powiedziałam sobie, że jeśli jeszcze będę mieć dzieci zrobię wszystko by karmić i nie pozwolę nikomu tego zepsuć.
Dziś jestem Matką dwóch córek. Mam za sobą dwa porody, diametralnie różne, dwa różne podejścia do opieki i wychowania. Dwa różne schematy karmienia, bliskości, porozumienia.
Ten post to jedynie wstęp. Będą kolejne, będą porównania, będą moje wnioski.